Nie tak dawno, ponieważ kilka dni przed sylwestrem, moja żona poprosiła mnie żebym szybko poszukał dla niej jakiś salon kosmetyczny, ponieważ miała ochotę się upięknić na imprezę. Według mnie tego rodzaju zabiegi ani nie są niezbędne jej urodzie, ani tym bardziej mojemu portfelowi, mimo to jako płeć słabsza niedużo mam do powiedzenia w naszym gospodarstwie domowym, więc bez szemrania uruchomiłem kompa i wyszukiwarkę usług.
Odnalezienie salonu było banalne, ale odnalezienie czy oferują w nim to co miałem dla mojej żony sprawdzić już niestety tak.
Ale było moje zdziwienie, jak zobaczyłem te dziwne nazwy zabiegów. W oczach zaczęło mi się mienić, mózg wyparował a moja wiara w szeroką wiedzę ogólną wytopiła się jak śnieg na dworze.
Peeling kawitacyjny, mikrodermabrazja, mezoterapia bezigłowa – z tego wszystkiego znałem wyłącznie igłę, oczywiście nie jest to wspomnienie miłe.
Wyszukanie w ofercie banalnego przedłużenia rzęs (chociaż według mnie jej rzęsy łaskoczą mnie w czoło kiedy z nią rozmawiam) zajęło dobrych kilkanaście chwil.
Jak już wszystkiego się dowiedziałem i powiedziałem małżonce dobre wieści postanowiłem bardziej zagłębić się w tą całą nieznaną mi wiedzę, wcześniej pytając ją na wyrywki „czy powiesz mi co oznacza …” itp. Oczywiście wiedziała, co podziałało na mnie jak płachta na byka, ponieważ nie będę głupszy od kobiety.
Na razie z tej małej wiedzy użyteczny okazał się makijaż permanentny, bo jedząc obiad w towarzystwie telewizora zgadłem poprawną odpowiedź na zadanie z jednego z teleturnieju „przez jaki okres taki makijaż mógłby się utrzymać”. Tylko czy ta wiedza jest mi kiedykolwiek do czegoś potrzebna? Małżonka twierdzi że owszem, ponieważ marzy żeby mnie wysłać do „Milionerów” żebym przed następnym sylwestrem nie płakał że mój portfel jest już tak mizerny że nie mogę go nigdzie odnaleźć…