Podróże uczą? Na pewno. Z pewnością także męczą. Analizuję to, co miało miejsce w w połowie zeszłego miesiąca nad Europą i widzę, że problemy z lataniem i konieczność jeżdżenia środkami naziemnymi, a nie w powietrzu, spowodowały zamieszanie.
Przykład pierwszy: Barca. Sam geniusz Jose Mourinho na pewno nie zapewnił by przegranej Barcy i to 3:1.FC Barcelona z biegiem czasu tym gorzej grała, a przecież prowadziła na początku jeden do zera.
Kolejny przykład: Olympique Lyonnais. Przed przerwą nie dali się aż tak zepchnąć jak w drugiej połowie. Również grając przez pewien czas w pełnym składzie na dziesięciu nie potrafili zagrać lepiej. Tylko raz zagrozili bramce przeciwników. Do tego 10 minut przed końcem meczu. Niecelny.
Przykład numer 3: Reds. Atletico ostatni mecz na na swoim boisku wygrało w rozgrywkach pucharowych w w zeszłoroczne wakacje, jeszcze w kwalifikacjach do Ligii Mistrzów, z Panathinaikosem. Potem już tylko remisy bezbramkowe, albo porażki. Do wczorajszej potyczki z The Reds. I nie wszystko związane jest z faktem, że do Hiszpanii nie przyjechał boski Torres.
Kolejny opis nie potwierdza co prawda powyższej zasady, bo Fulham zremisowało z HSV na wyjeździe, ale z Anglii byli najbliżej ze wszystkich „wyjazdowiczów”.
Więc islandzki wulkan wpłynął na sytuację w piłce europejskiej. Może się okazać, że przez zawirowania atmosferyczne Barcelona nie zapisze się w historii jako pierwszy zespół – zdobywca wielkiej korony (Liga Mistrzów).
W obecnym sezonie o wynikach kontynentalnych pucharów najprawdopodobniej zadecydował pył z wylkanu. Kontynentalna piłka nożna podobnej anomalii nigdy nie widziała.
Niestety historia dotyka nie tylko drużyn piłki nożnej. Zakaz lotów może pokrzyżować też plany zespołów formuły 1. One przez pył nie są w stanie przetransportować swoich zespołów z Szanghaju do Europy na najbliższe zawody. Na razie do europy udało się dotrzeć jedynie zawodnikom oraz właścicielom zespołów, ale już obsługa techniczna i sam sprzęt wciąż znajdują się w Azji. Z tego powodu pod znakiem zapytania stoi wyścig na Circuit de Catalunya. I pewnie mało zdziałają zapowiedzi szefa F1 że nic w terminie wyścigu się nie zmieni – na dziwy natury nic się nie zrobi.